10. Znajoma twarz


Obudziłam się w środku nocy, pod powiekami wciąż mając tę niewyraźną, zamazaną, a jednak dziwnie znajomą scenę.
Wygramoliłam się spod prześcieradła i chwyciłam leżący w nogach łóżka szlafrok; Josh lubił spać przy temperaturze blisko piętnastu stopni, choć na dworze panował upał, a dla mnie była to istna lodówka. Namacałam kontakt lampki nocnej i pstryknęłam włącznikiem, po czym skrzywiłam się, gdy światło poraziło mi oczy.
Bolała mnie głowa i strasznie chciało mi się pić. Powoli, trzymając się za żebra, przeszłam do kuchni, próbując narobić jak najmniej hałasu, żeby nie obudzić Josha. Pod powiekami czułam piasek, przetarłam więc oczy, ale nie pomogło mi to w pozbyciu się tego natrętnego obrazu, z którym się obudziłam. Musiał mi się śnić, choć nie miałam pojęcia, co oznaczał. O ile w ogóle coś oznaczał.
Huśtałam się na huśtawce. W górę i w dół, widziałam tylko swoje nogi, dziwnie krótkie, i dłonie, kurczowo trzymające huśtawkę. Obok stał roześmiany chłopak i popychał mnie coraz wyżej za każdym razem, gdy oddalałam się do tyłu. Był wysoki i szczupły, miał może z szesnaście, siedemnaście lat i czarne, rozczochrane włosy. Tylko tyle byłam w stanie zapamiętać.
Pamiętałam za to co innego: ciepły, słoneczny dzień, promienie słońca na mojej twarzy, lekki, łagodny wietrzyk. Musiało być lato, bo miałam na sobie sukienkę.
I byłam małą dziewczynką, zrozumiałam po chwili, stojąc pośrodku kuchni i niewidzącym wzrokiem wpatrując się w lodówkę. Byłam małą dziewczynką, a to było moje wspomnienie. Dorastający chłopak popychający mnie na huśtawce i sukienka z falbankami, które furkotały na wietrze. I radosny śmiech.
Gdziekolwiek wtedy mieszkałam i kimkolwiek byłam, byłam szczęśliwa. Nie tylko dlatego, że byłam beztroskim dzieckiem, które cieszyło się latem i huśtawką. Odczuwałam emocje tamtej dziewczynki i byłam pewna, że w tamtej chwili ona była naprawdę szczęśliwa. Po prostu dlatego, że życie było idealne.
Trzęsącymi się rękami nalałam wody do szklanki, po czym upiłam duży łyk. Była strasznie zimna, bo też wyjęłam ją prosto z lodówki. Nie potrafiłam się uspokoić; mimo że liczyłam i kontrolowałam oddechy, nadal drżałam cała jak w gorączce. Usiadłam ciężko na kuchennym stołku, oparłam łokcie na barze, a na dłoniach czoło, po czym skupiłam się na tamtym wspomnieniu.
Byłam już absolutnie pewna, że to wspomnienie. Zbyt dużo czułam związanych z nim uczuć, by miało być jedynie snem. Ciemne włosy wiatr rozwiewał mi wokół twarzy, co pobudzało mnie do jeszcze głośniejszego śmiechu. Trochę się bałam, że chłopak w końcu popchnie mnie tak mocno, że huśtawka się wywróci, a ja spadnę na ziemię i coś sobie zrobię.
Zaraz, zaraz…
Wyprostowałam się nagle, tknięta pewną myślą. Ciemne włosy?!
W łazience znalazłam się w ciągu paru sekund. Potknęłam się co prawda po drodze o kilka sprzętów, bo nie poznałam jeszcze mieszkania Josha na tyle, by biegać po nim po ciemku, ale były to straty, które mogłam ponieść. A wszystko po to, by przyjrzeć się uważnie swojemu odbiciu w lustrze – uważniej niż przy poprzednich okazjach.
No dobrze, wszystko było na swoim miejscu. Orzechowe oczy w ciemnej oprawie, jasna karnacja skóry, ciemne, lekko zaokrąglone brwi. Sińce pod oczami były lepiej widoczne bez makijażu, podobnie jak pobladłe usta. Ale nie to przykuło moją uwagę.
Ostatnim razem, kiedy tak dokładnie przeglądałam się w lustrze, byłam tuż po wypadku, czyli kilka tygodni wcześniej. Wtedy mogłam nie zauważyć. Teraz nie dało się już tego przegapić.
Miałam odrosty.
Od początku nabrałam pewności, że byłam naturalną blondynką, pewnie dlatego, że nikt nie wytłumaczył mi, że tak nie było. Tuż po wypadku odrostów nie było widać, pewnie niedługo wcześniej byłam u fryzjera. Teraz jednak, po kilku tygodniach, prawda wychodziła powoli na jaw. Wyglądało na to, że mój naturalny kolor włosów był dużo ciemniejszy; miodowy odcień, który obecnie miałam na włosach, nie był na tyle jasny, by odrosty mocno rzucały się w oczy, ale kiedy się przyjrzałam, różnicę rozpoznałam bez pudła. Były niewątpliwie ciemne, nawet bardzo, ciemnokasztanowe albo nawet podpadające pod czarne. Zagryzłam wargę.
Właściwie powinnam się była tego domyślić, biorąc pod uwagę moją urodę. Miałam ciemną oprawę rzęs, ciemne brwi i jasną karnację skóry. Blond do tego zupełnie nie pasował.
No więc dobrze, byłam naturalną brunetką. I co mi z tego przychodziło?
Zmarszczyłam brwi do swojego odbicia w lustrze, po czym stwierdziłam, że w sumie wolałabym siebie z ciemnymi włosami. Ciekawe, po co je przefarbowałam? Potrzebowałam odmiany, chciałam coś zmienić w swoim wyglądzie? Może po przyjeździe do Nowego Jorku uznałam to za dobrą zmianę na dobry początek?
Usiadłam ciężko na sedesie, nadal wpatrując się w swoje odbicie. No dobrze, byłam brunetką. Ale chyba nie powinnam tego traktować jak odkrycie ważniejsze od mojego pierwszego wspomnienia? Tamto było przecież naprawdę istotne, to znamionowało jedynie pewną pulę genową otrzymaną od rodziców, których i tak nie pamiętałam. Tamto… Cóż, mówiło coś o moim dzieciństwie. Dzieciństwie, którego przynajmniej momenty były sympatyczne. Przynajmniej, bo przecież nie znałam całej historii, tylko jej wyrywek. Ale fakt pozostawał faktem.
I najwyraźniej miałam wtedy jakiegoś przyjaciela. Gdyby udało mi się z nim skontaktować, pewnie mógłby mi to i owo opowiedzieć o moim życiu. Szkoda, że nie miałam pojęcia, kim on mógł być ani jak go znaleźć. Gdyby mógł mi streścić moją przeszłość, wiele spraw by to pewnie ułatwiło.
– Amanda? – Usłyszałam nagle zaspany głos Josha. W następnej chwili mój narzeczony przeczłapał do łazienki, przecierając zaspane oczy. Włosy miał słodko zmierzwione, a na twarzy grymas, pewnie zupełnie taki sam, jak mój, gdy włączyłam pierwszą lampkę nocną. – Kochanie, co ty tu robisz? Czemu nie śpisz?
Josh najwyraźniej sypiał w bokserkach i T–shircie, bo właśnie w takim stroju go zobaczyłam. Po raz pierwszy, dodajmy. Jakoś tak się złożyło, że wcześniej się… nie złożyło. Któreś z nas pewnie celowo unikało takich piżamowych spotkań, ale nie byłam nawet w stanie stwierdzić, czy to ja byłam tym kimś, bo zaczęłam już wierzyć w to, że pewne rzeczy robiłam podświadomie, bez użycia mózgu.
Na przykład kroiłam marchewki.
– Głowa mnie rozbolała – wyjaśniłam, szczelniej owijając się szlafrokiem. Wprawdzie to Josh przywoził moje rzeczy z Brooklynu, więc i tak wiedział, że sypiałam w kolorowych krótkich spodenkach i różowej koszulce na ramiączkach, ale to jeszcze nie znaczyło, że chciałam, żeby mnie w takim stroju zobaczył. Zwłaszcza w środku nocy. – Chciałam wziąć jedną z tych przepisanych mi tabletek.
– Ach, jasne. – Zbliżył się o krok, a na jego przystojnej twarzy znowu pojawiła się troska. – Ale wszystko w porządku? Nadal chcesz po południu wyjść do kina? Bo zawsze mogę jeszcze odwołać rezerwację.
Machnęłam ręką, równocześnie sięgając po prochy. Przecież i tak zamierzałam zjeść tabletkę, więc to właściwie nawet nie było kłamstwo. Tylko… delikatne przemilczenie części prawdy, co chyba mieściło się w szarej strefie mojego kanonu moralności. Zresztą ostatnio się przekonywałam, że ta szara strefa była całkiem spora.
– Nie, nie trzeba, na pewno mi do tego czasu przejdzie – zapewniłam go. – Potrzebuję tylko lekarstwa i wygodnej poduszki.
– Jeśli twoje ci nie odpowiadają, zawsze możesz wypróbować moje. – Josh uśmiechnął się szeroko, ale choć bardzo się starałam, nie byłam w stanie odpowiedzieć mu tym samym. Za to pokręciłam głową.
– Nie, dzięki. Jak cię znam, to rozpychasz się w łóżku i zabierasz kołdrę.
– Przypomniałaś sobie?!
– Nie, zgaduję – zaprzeczyłam gładko. – Wyglądasz na kogoś takiego.
– Wyglądam… – powtórzył zrzędliwym tonem. – Jeśli już musisz wiedzieć, to śpię całą noc grzecznie przytulony do twojego boku.
Zmarszczyłam brwi, po czym połknęłam tabletkę i wstałam z sedesu.
– Brzmi bardzo niewygodnie – zauważyłam. – Przepraszam cię, ale pójdę się już położyć. Chciałabym dobrze wypocząć, żeby na nasze popołudnie być już w pełni sił.
Kiedy użyłam tego argumentu, oczywiście mnie nie zatrzymywał. Już wkrótce znalazłam się bezpieczna z powrotem w gościnnej sypialni. Zamknęłam za sobą drzwi i oparłam się o nie, krzywiąc twarz w grymasie niezadowolenia.
Czy ten facet miał w domu podłączone do głowy czujniki ruchu, czy co? Przecież zachowywałam się naprawdę cicho oprócz tych paru razy, kiedy wpadałam na różne meble! Nie powinien był w ogóle mnie usłyszeć, nie mówiąc już o wstawaniu z łóżka i przyłażeniu do mnie do łazienki! A gdybym na przykład… brała prysznic?
No dobrze, to było bzdurne. I pewnie nie powinnam mieć do Josha pretensji o troskę. Ale to nie zmieniało faktu, że czułam się jego staraniami nieco… przytłoczona.
Miałam nadzieję, że wieczorne wyjście do kina trochę mi w tym pomoże. Wreszcie będę miała okazję wyjść z domu, odetchnąć świeżym (jak na możliwości Nowego Jorku) powietrzem i pobyć trochę wśród ludzi. Byłam pewna, że po takim wieczorze łatwiej przyjdzie mi wrócić do czarno–stalowego mieszkania, które powoli zaczynałam uważać za swoje więzienie. Do tego stopnia, że kiedy w moim domu na Brooklynie zobaczyłam jakiś czarny detal, zachciało mi się wyć.
Jednak świadomość odzyskania pierwszego wspomnienia napawała mnie pewną otuchą. Nawet jeśli nie miałam pojęcia, kim była osoba z tym wspomnieniem związana.
Tego samego popołudnia, przepakowując najpotrzebniejsze drobiazgi z mojej wielkiej torby do nieco mniejszej, kopertowej, wybranej specjalnie na potrzeby wyjścia do kina, natknęłam się na porzucony na dnie GPS.
Gdy tylko go wyjęłam, zrozumiałam, o czym zapominałam przez ostatnie tygodnie. Przecież tuż po wyjściu ze szpitala zamierzałam sprawdzić ostatnie zapisane trasy! Miałam jednak wtedy tyle na głowie, że oczywiście zapomniałam, a GPS przez cały ten czas grzecznie leżał sobie w torbie. Nie miałam nawet przez ten czas poczucia, że coś mi umykało, tak wiele spraw i tematów musiałam poruszyć.
No dobrze, więc przyszła wreszcie pora na GPS. Rozłożyłam się na swoim łóżku w gościnnej sypialni i uruchomiłam urządzenie, modląc się, żeby zadziałało. Zadziałało. Natychmiast weszłam w ostatnie trasy. New Jersey. Bingo.
Adres, który widniał przy punkciku oznaczającym koniec trasy absolutnie nic mi nie mówił. Zmarszczyłam brwi. Wyglądało na to, że jednak pojechałam tamtego dnia w konkretne miejsce, nie tylko na wycieczkę, żeby uspokoić myśli po kłótni z Joshem. Miałam już adres, wystarczyło tylko dowiedzieć się, co się pod nim znajdowało.
Uruchomiłam GoogleMaps i wklepałam całą frazę w wyszukiwarkę. Satelita, podgląd 3D, daną posesję mogłam sobie obejrzeć właściwie ze wszystkich stron.
Nie wiedziałam, czego się spodziewać, ale widok, który ukazał się moim oczom, nieco mnie rozczarował. To była prywatna posesja, jakiś nieduży, nieco zaniedbany domek z białą elewacją i czarną dachówką. Piętrowy, z zapuszczonym ogródkiem; więcej po zdjęciach nie byłam w stanie stwierdzić. Zamyśliłam się.
A więc w dniu kłótni z Joshem pojechałam tam nie wiedzieć po co, a wracając miałam wypadek. Podejrzewałam, że wracając, bo inaczej przecież nie schowałabym GPS–a. A biorąc pod uwagę, że używałam GPS–a, musiałam być tam pierwszy raz lub po prostu nie jeździć za często. A więc… czyj to mógł być dom i dlaczego tam pojechałam?
Naprawdę nie miałam pojęcia, czemu nie powiedziałam o tym Joshowi. Prawdopodobnie dlatego, że on natychmiast chciałby tam jechać ze mną, a ja miałam dość jego ciągłej asysty i chciałam coś zrobić na własną rękę. Trudno jednak powiedzieć z całą pewnością, bo to było uczucie, które pojawiło się natychmiast po rozszyfrowaniu przynajmniej części tej zagadki – nie chciałam, by Josh jechał ze mną do New Jersey. Oczywiście, natychmiast zaplanowałam tam pojechać i dowiedzieć się, kto mieszkał w zaniedbanym, ale ładnym domku – tylko bez niego. Chciałam to zrobić sama, przynajmniej raz odkryć coś na własną rękę, zamiast przyjmować za pewnik jego wyjaśnienia i zapewniania. Musiałam to zrobić.
Zapamiętałam adres, po czym starannie wyczyściłam historię z komputera i wykasowałam ostatnią trasę z GPS–a, którego następnie odłożyłam do jednej z szuflad w komodzie. Wszystko to, włącznie z poszukiwaniami danego adresu, zajęło mi jakieś piętnaście minut, po których wróciłam do przygotowań do wyjścia do kina. Cały czas jednak myślałam tylko o tym, jak dostać się niepostrzeżenie do New Jersey i stamtąd wrócić, nie przemęczając się i nie włączając w to któregoś z moich przyjaciół. Tłukło mi się coś po głowie, że najlepiej było dostać się tam pociągiem, ale nie miałam pewności. Może jednak lepiej zamówić taksówkę…?
Taak, tylko ile bym za nią zapłaciła…
Kiedy Josh wrócił, byłam już właściwie gotowa na wyjście, bo miałam mu dać jedynie chwilkę na odświeżenie się, a potem mieliśmy iść na kolację na mieście. Nareszcie czułam się jak w miarę normalna dziewczyna, a nie wariatka z amnezją zamknięta na stałe w mieszkaniu narzeczonego. I było mi z tym cholernie dobrze.
– Ślicznie wyglądasz – pochwalił mnie jak zwykle Josh na powitanie i, tradycyjnie już, pocałował w policzek. – Jak się dzisiaj czujesz? Głowa przestała cię boleć?
W nocy był półprzytomny, ale jednak pamiętał, jak rozmawiał ze mną w łazience. Przytaknęłam z entuzjazmem.
– Oczywiście, że przestała, musiała przegrać z moim podekscytowaniem! Dziś jest ważny dzień. Pierwszy raz w życiu idę do kina!
Josh spojrzał na mnie w zdumieniu, po czym wybuchł śmiechem. No, może on tego tak nie widział, ale ja przecież jak najbardziej! Nie pamiętałam żadnego z moich poprzednich wypadów do kina, więc mogłam chyba spokojnie stwierdzić, że ten był pierwszy.
Idąc tym tropem, pomyślałam, wraz z Joshem wychodząc z mieszkania, wszystko było moim pierwszym razem. Pierwszy pocałunek, który nie zrobił na mnie absolutnie żadnego wrażenia. Pierwsza kolacja poza domem, pierwsze kino, pierwsza randka. Miałam dwadzieścia siedem lat, z pewnością robiłam to nie raz w przeszłości, ale teraz wszystko musiałam poznawać od nowa. Czekały na mnie same niespodzianki! I…
Seks? Czy to mogło oznaczać, że w pewnym sensie byłam dziewicą?
Zmyliłam krok, kiedy to pomyślałam, a gdy Josh spojrzał na mnie pytająco, wymówiłam się wysokimi szpilkami i przeprosiłam. Do diabła. Przecież nie pamiętałam niczego, włącznie z seksem. Więc jak… Co teraz miałam robić?
Po namyśle uznałam, że póki co nie musiałam się tym przejmować. Nie wyglądało na to, by do seksu miało dojść w najbliższym czasie, lub w ogóle prędko, więc problem pozostawał do rozwiązania w przyszłości, gdy zajdzie taka potrzeba. Na razie porzuciłam go bez żalu.
Na dole przywitałam się z portierem Jakiem, obdarzając go wyjątkowo promiennym uśmiechem, po czym wraz z Joshem wyszłam na tonący w półmroku świat. Właśnie zapadał zmierzch i temperatura spadła o dobrych parę stopni, ale nadal było duszno, a w nagrzanym powietrzu czuć było początek lata. W sukience z krótkim rękawem wcale nie było mi chłodno, mimo to Josh podał mi żakiet, spojrzeniem prosząc, żebym go nałożyła. Zrobiłam, o co prosił, choć tylko po to, żeby uniknąć zbędnej dyskusji.
Poszliśmy pieszo, bo zarówno do restauracji, jak i do kina było bardzo blisko. Kolacja upłynęła w całkiem miłej atmosferze; Josh opowiadał mi anegdoty ze swojej firmy, narzekając na aktualną sekretarkę, na której posadzie był wakat podobno średnio raz na pół roku (zazwyczaj zachodziły w ciążę albo wychodziły za mąż, wyjaśnił, gdy o to zapytałam, ale podobno jedna nawet zmarła), takiego miał z nimi pecha. Potem ja próbowałam opowiedzieć o czymkolwiek, ale że nie bardzo miałam o czym, kończyło się na tym, że pytałam Josha o jakiś drobiazg z tej mojej przeszłości, którą znał, co chętnie mi wyjaśniał. Potem zaczęliśmy rozmawiać o Fitness Paradise i wtedy właśnie przypomniałam sobie o elektronicznym kalendarzyku.
– Wiesz, wydaje mi się, że mam sporo zajęć poza pracą, na których ostatnio się nie pojawiałam – powiedziałam ostrożnie, bo nie miałam pojęcia, ile z tego wiedział Josh. – Przeczytałam, że chodzę na basen, skałkę, strzelnicę i tenis, i Bóg jeden wie, gdzie jeszcze. Ej, zaraz, a czy ja w ogóle jestem wierząca?
– Chyba w podobnym stopniu co większość ludzi – odpowiedział Josh z uśmiechem, po czym wrócił do pierwotnego tematu. – No owszem, z tego co wiem, prowadziłaś bardzo aktywny tryb życia. A co, chciałabyś do tego wrócić? Basen za jakiś czas może by ci się nawet przydał, powinnaś zacząć trochę ćwiczyć, ale na tenis nie pozwolę ci jeszcze długo. Skałka odpada, bo tego nie znoszę, ale mogę z tobą iść na strzelnicę. Chcesz?
Chciałam. Bardzo chciałam. Wyczułam w sobie jakąś nie do końca chyba zdrową fascynację bronią, która mogła wynikać z wielu rzeczy. A miałam nadzieję, że już zrezygnowałam z tej wizji socjopatki?
Nie, spokojnie, mnóstwo normalnych ludzi miało broń i nie robiło z tego problemu. Nie powinnam być gorsza tylko dlatego, że chciałam iść na strzelnicę.
– Chcę – odpowiedziałam więc zgodnie z moim sercem. – Bardzo chcę. Umówisz nas?
– Jasne. – Z oczu Josha wyczytałam, że jeśli chodziło o mnie, nie uznawał rzeczy niemożliwych. Zapewne nawet gdybym poprosiła go, żeby przyniósł mi serce jelenia, natychmiast w podskokach pobiegłby po strzelbę, żeby przystosować odpowiednie zwierzątko. Czasami miałam wrażenie, że ten facet był nienormalny, częściej jednak, że pomimo błędów z przeszłości zwyczajnie za dobry dla mnie. – A teraz jedz, bo ci wystygnie.
Zjedliśmy kolację i w dobrych humorach pospieszyliśmy do kina. Zdążyliśmy na ostatnią chwilę, seans właśnie się zaczynał. Kiedy spytałam Josha, jaki film wybrał, odpowiedział tylko, że jeden z moich ulubionych. Ciekawe, miałam właśnie okazję po raz pierwszy w życiu zobaczyć mój ulubiony film.
To była Casablanca. I była tak kiczowata, że aż cudowna. Bardzo mi się podobało, chociaż kłóciłabym się, czy uznałabym ten film za mój ulubiony. Podczas seansu wyżerałam Joshowi popcorn, dziękując Bogu, że nie zamówił kanapy i nie próbował się do mnie dobierać (jak to robiło paru facetów na sali), a po seansie chętnie pokłóciłam się z nim o to, że Casablanca, choć sama w sobie świetna, nie jest filmem idealnym i z pewnością znalazłabym coś dużo bardziej… odlotowego.
– Przecież nie chodzi o perfekcję samą w sobie – zaprotestował Josh, otwierając przede mną drzwi kina. Wymknęłam się przez nie na ulicę. – Chodzi o wrażenia, jakie ten film w tobie wywołuje. Nie szukaj filmu idealnego pod względem artystycznym, wizualnym, bo skończysz oglądając coś tak nudnego, że nie będziesz w stanie powstrzymać się od usypiania. Pomyśl o historii, bohaterach, żywych dialogach…
– Właśnie o tym myślę – zaprotestowałam stanowczo, wyrywając mu pudełko z resztką popcornu. – Nie rób ze mnie idiotki tylko dlatego, że upadłam na głowę.
– Właściwie to na nią nie upadłaś, tylko walnęłaś nią o szybę – sprostował, ale szybko zmienił temat, widząc, że nie miałam ochoty o tym rozmawiać. Rzeczywiście, tamten wypadek to była ostatnia rzecz, na temat której chciałam zdobywać jakieś bliższe informacje. – Słuchaj, nie będziesz miała nic przeciwko, jeśli skoczę jeszcze do toalety? Poczekaj tutaj, zaraz wrócę.
Kiwnęłam tylko głową i już go nie było. Rozejrzałam się dookoła, czując na sobie czyjeś spojrzenie, po czym zignorowałam to uczucie, uznając je za niedorzeczne, i wybrałam sobie miejsce z boku chodnika, tak, żeby nie przeszkadzać przechodniom. Zwłaszcza że z kina właśnie wylała się fala widzów, wśród której znajdowałam się również i ja, a nie uśmiechało mi się ciągłe potrącanie mnie przez obcych ludzi.
Nie mogłam pozbyć się wrażenia, że czułam na sobie czyjś wzrok. Byłam o tym przekonana od chwili, gdy wyszliśmy z kina, ale zaczęło mnie to niepokoić dopiero wtedy, gdy Josh zostawił mnie samą. Odruchowo przytuliłam się do ściany, w rękach obronnie ściskając opakowanie z resztką popcornu i uważnie rozejrzałam się dookoła.
Spokojnie, tylko spokojnie, powtarzałam sobie cały czas. Nikt cię nie śledzi, masz fioła i tyle. Spojrzeniem przeczesywałam rzedniejący powoli tłum na chodniku i kiedy już chciałam się poddać, godząc się z moją manią prześladowczą tudzież chorobą umysłową, zobaczyłam go.
Stał po drugiej stronie wejścia, tuż przy kasach, i patrzył prosto na mnie. Trzydziestoparoletni facet o czarnych, prostych, nieco przydługich włosach, układających się w miękkie fale, ostrych rysach twarzy i przenikliwych oczach. Był wysoki, mógł mieć niewiele ponad sześć stóp wzrostu, dobrze zbudowany, ubrany w ciemny garnitur i białą koszulę z krawatem. Ręce trzymał w kieszeniach spodni, a kiedy nasze spojrzenia się spotkały, ruszył prosto w moją stronę.
W innej sytuacji pewnie natychmiast bym uciekła, ale po pierwsze, czekałam przecież na Josha, a po drugie, skądś znałam tego faceta. Byłam pewna, że gdzieś widziałam wcześniej tę twarz, a w moim przypadku było to wystarczająco intrygujące, by zostać i poczekać, aż do mnie podejdzie. Przecież nawet jeśli miał złe zamiary – a zdecydowany, ponury wyraz twarzy mówił sam za siebie – to nie zrobi mi nic złego w otoczeniu tylu ludzi, przekonywałam samą siebie. Dość daremnie zresztą.
A facet w końcu podszedł blisko, bardzo blisko mnie – na tyle, że gdybym wyciągnęła rękę, mogłabym go dotknąć. Z bliska wyglądał jeszcze bardziej intrygująco. Z dwudniowym zarostem, który wcale nie zakrywał surowych rysów twarzy i ładnie wykrojonych ust, o czarnych jak dwa węgle oczach, ten człowiek był po prostu… ciemny. We wszystkich aspektach.
A w tych przenikliwych oczach kotłowały się niezadowolenie i złość.
– Możesz mi powiedzieć, co ty właściwie robisz? – syknął, zakleszczając w stalowym uścisku moje przedramię. Jęknęłam z bólu, ale nie przejął się tym specjalnie. – Co to wszystko, do diabła, ma znaczyć, Mandy?!
Poznałam ten głos i, przyznaję, zrobiło mi się nieco słabo w kolanach.
Słyszałam go już raz, a chociaż był wtedy nieco zniekształcony przez telefon, rozpoznałam go bez najmniejszego trudu. Wskazówką, oczywiście, był także sposób, w jaki mężczyzna się do mnie zwrócił. Bo do tej pory zaobserwowałam tylko jedną osobę, która nie zwracała się do mnie pełnym imieniem.
– Ryan? – jęknęłam z lekkim niedowierzaniem. Dobrze, w tamtej właśnie chwili zaczęłam nieco panikować. W końcu miałam przed sobą tego faceta, który podobno nachodził mnie od blisko pół roku, i właśnie naocznie się przekonywałam, że to nie było żadne qui pro quo. To był stuprocentowy facet, w dodatku wyglądający na niebezpiecznego i zdolnego do wszystkiego! Nagle ta hipoteza Josha, jakoby ktoś mógł mi pomóc w tamtym wypadku, zaczęła nabierać sensu. – Co ty tutaj…
– Błagam, tylko nie pytaj mnie, co ja tutaj robię – przerwał mi, przyciągając mnie do siebie bliżej. Byłam dziwnie pewna, że zostawi mi na przedramieniu siniaki. – Prosiłem, żebyś zadzwoniła, prawda?
– Ale… nie zostawiłeś mi numeru – zaprotestowałam słabo. Gniew w czarnych oczach ustąpił na chwilę miejsca zdziwieniu.
– Przecież znasz go lepiej niż ja, Mandy – stwierdził ze złością. – Słuchaj, jestem już zmęczony tymi idiotycznymi gierkami. Kończ, co tutaj zaczęłaś, i na litość boską, wracaj wreszcie do domu.
Do domu? Ten facet naprawdę miał nierówno pod sufitem, skoro uważał, że po pół roku mieszkania w Nowym Jorku mogłabym jeszcze uznać go za dom!
– Nie ma żadnych gierek – zaprotestowałam znowu, chcąc mu wszystko jasno wytłumaczyć, ale nie pozwolił mi, w tej samej chwili znowu wchodząc mi w słowo:
– Tak, wiem, że traktujesz to bardzo poważnie, Mandy. Po prostu uważam, że trochę za długo już to wszystko trwa. A ten wypadek? Naprawdę chcesz, żeby stało ci się coś złego? Następnym razem możesz nie mieć tyle szczęścia! A Dylan? Zapomniałaś już, Mandy?
W zdumieniu rozszerzyłam oczy. Czy ten facet naprawdę mi groził?!
Na szczęście w tej samej chwili obok mnie zmaterializował się nagle Josh. Choć przy Ryanie nie wyglądał zbyt imponująco, przede wszystkim będąc od niego sporo niższym, nie przejął się tym specjalnie i natychmiast stanął w mojej obronie. Odsunął mnie do tyłu, strząsając z mojego przedramienia dłoń Ryana, po czym zasłonił mnie sobą i zapytał:
– Mamy tu jakiś problem? Amanda, czy on ci się naprzykrza?
Tamten tylko uśmiechnął się paskudnie.
– Chyba nie mieliśmy okazji się poznać – powiedział spokojnie, bezczelnie. – Nazywam się Ryan Montgomery.
Wyciągnął w stronę Josha dłoń, którą mój narzeczony po chwili wahania bardzo niepewnie ujął. Przez chwilę mierzyli się wzrokiem, jakby czekając, który pierwszy spęka – a byłam pewna, że wzajemnie próbowali sobie zmiażdżyć dłonie – po czym wreszcie odstąpili od siebie na krok, dzięki czemu znalazłam się jeszcze dalej od Ryana. Westchnęłam z ulgą.
– Joshua Hamilton – mruknął Josh. – Nie powiem, że to przyjemność.
– Ach, wiem doskonale, kim pan jest – prychnął Ryan, rzucając mi drwiące spojrzenie. – Amanda też doskonale to wie, prawda?
Zmarszczył brwi, widząc moje zagubione, pełne niezrozumienia spojrzenie. Byłam pewna, że w tej ostatniej wypowiedzi ukrył jakieś drugie dno, ale nie miałam pojęcia, o co mogło mu chodzić. Do diabła, przecież miałam amnezję!
– Tak właściwie to już odchodziłem – dodał Ryan jakby od niechcenia. Rzucił mi ostatnie ciemne spojrzenie, mówiąc: – Pamiętaj, Mandy.
Dopiero kiedy odwrócił się i poszedł sobie w cholerę, a mój mózg powoli zaczął się budzić z oszołomienia, zrozumiałam, dlaczego twarz Ryana Montgomery wydawała mi się znajoma.
To był chłopak z mojego wspomnienia.

50 komentarzy :

  1. Kim jest Dylan? Siostrą Amandy czy jej córką? Ryan jest jej bratem? Mandy zbliżyła się do Josha, aby zemścić się na jego rodzinie, tak? To ojciec Josha zabił jej rodziców?
    :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tu mogę odpowiedzieć bez obawy, że zdradzę za dużo - Dylan nie jest osobą spokrewnioną z Amandą, a ojciec Josha nie zabił jej rodziców. Ale kombinuj dalej^^
      ;*

      Usuń
    2. Zapraszam na Grę życia, pojawił się 1 rozdział ;)

      Jest jest przyjaciółką? Nie lubię Ryana, ten typ zachowuje się jakby Amanda była jego własnością!

      :*

      Usuń
    3. No, coś w tym stylu. Ach, tutaj się tak zachowywał, bo był wkurzony i nie wiedział jeszcze o amnezji xD potem się poprawi, to mam nadzieję, że i Twoje o nim zdanie ulegnie zmianie^^

      ;*

      Usuń
    4. Prawdę mówiąc to się trochę pogubiłam. Ryan jest byłym facetem Amandy, tak? A może nie zerwali ze sobą? Amanda udaje miłość do Josha, bo taki jest jej plan; ma zbliżyć się do niego i jego rodziny, aby się zemścić, tak? a może ona mści się za kogoś innego, za Dylan np?
      :*

      Usuń
    5. Częściowo masz rację, częściowo nie, ale nie powiem, w których miejscach;) za to mogę zapewnić, że jeszcze parę rozdziałów i większość zagadek się wyjaśni (przynajmniej ta część, która dotyczy Ryana i rodziny Mandy, bo resztę oczywiście zamierzam dawkować^^) i będziesz mogła stwierdzić, w ilu miejscach miałaś rację;]

      ;*

      Usuń
    6. A kiedy Amanda odzyska pamięć? pod koniec opowiadania?
      Ryan i Josh będą zabiegać o względy Mandy? ;]

      :*

      Usuń
    7. Prawdę mówiąc, nie jestem jeszcze pewna, czy w ogóle odzyska, ale jeśli tak, to pewnie rzeczywiście pod koniec.

      No... chyba można tak powiedzieć;]

      ;*

      Usuń
    8. Coś mi mówi, że Twoim faworytem jest Ryan ;]
      :*

      Usuń
    9. Ha, może i jest xD

      ;*

      Usuń
    10. Ja też mam faworyta na Grze życia :D
      Udało mi się skończyć 3 rozdział
      :*

      Usuń
    11. Coś czuję, że tym faworytem nie jest Jack :D

      ;*

      Usuń
    12. Powiem tak, nie był, ale może będzie ;) Na razie będę pisała "Smakoszy życia". Moja Wena się zbuntowała, powiedziała, że już dość się napracowała na "Grze życia" i musi odpocząć. I nie chce się śpieszyć, muszę sobie wszystko poukładać i rozplanować.
      Jest wielka szansa, że Chloe będzie z Jackiem.
      :*

      Usuń
    13. Słusznie, nie spiesz się, lepiej pisać powoli a z planem, niż na odwrót;)

      O, wielka szansa? No nie powiem, to mnie cieszy xD

      ;*

      Usuń
    14. Czasami zdarza mi się pisać zupełnie coś innego niż planowałam. Z romansami nie mam takich problemów.
      Prawdę mówiąc zastanawiałam się nad połączeniem tych dwóch opowiadań, ale zrezygnowałam.

      :*

      Usuń
    15. No widzisz, a mnie właśnie w romansach najczęściej zdarza się pisać coś zupełnie innego, niż planowałam - przykładem Negatyw, wychodzi mi z niego bardziej obyczajówka niż romans, zupełnie nie wiem, dlaczego xD z kolei tak jak tutaj, gdzie mam wątek kryminalny, wszystko idzie raczej tak, jak zaplanowałam.

      ;*

      Usuń
    16. W romansach staram się skupiać na tym co najważniejsze :D (zrobiłam stronkę z bohaterami na Smakoszy, właściwie przerobiłam tę z Gry, wstawiłam tylko inne twarze - nie chciało mi się tworzyć nowej strony). A ja zawsze miałam problem z wątkami kryminalnymi

      :*

      Usuń
    17. U mnie to chyba po prostu jest tak, że w przypadku romansów pomysł mam bardzo ogólny, podczas gdy kiedy zaczynam kryminał, chcę sobie najpierw wszystko poukładać. I z romansami potem mi się wszystko rozchodzi w dowolnym kierunku^^

      ;*

      Usuń
    18. Lubię romanse, ostatnio nawet bardziej niż kryminały ;) Na Smakoszach trzy kobiety będą chciały jednego faceta :D, chociaż jedna z nich w pewnym momencie da szansę swojemu byłemu mężowi ;]
      Chciałabym skończyć Grę życia, myślałam, że Wena jednak dłużej ze mną zostanie. Jestem z siebie zadowolona, wyszły mi trzy długie rozdziały
      :*

      Usuń
    19. Aż trzy na jednego? o.O haha, będzie ciekawie xD

      E, może jeszcze wróci. Trzeba być dobrej myśli;) a trzy rozdziały to już coś;)

      ;*

      Usuń
    20. Tego jeszcze u mnie nie było ;)
      Włączę Scorpionsów, może mnie natchnie
      :*

      Usuń
    21. Haha, mnie często "natycha" pod wpływem muzyki xD na Negatywie pod wpływem Maroon 5 piszę już trzydziesty rozdział, więc może jest to jakieś wyjście^^

      ;*

      Usuń
    22. Niedawno pisałaś 24, a tu już 30 :D Do końca pewnie jeszcze daleko, co?
      Trzymam kciuki, żeby pisanie tak dalej dobrze szlo
      :*

      Usuń
    23. Fakt, teraz te parę rozdziałów poszło jak z kopyta, ale równocześnie wydarzenia, które zaplanowałam w 28, ostatecznie wyszły w 30, tak mi się wszystko rozrosło :D i rozrasta się dalej :D myślę, że koło pięćdziesięciu rozdziałów mi wyjdzie.

      A dziękuję;) i nawzajem;)

      ;*

      Usuń
    24. Natchnęło mnie, ale na co innego :D Opowiadanie zamiast Smakoszy ;)
      Carol przejmuje wydawnictwo, w którym pracują ludzie, którzy mają dużo wspólnego z jej rodziną
      :*

      Usuń
    25. Ale jeszcze pokombinuję ze Smakoszami ;)

      Usuń
    26. Ale priorytetem jest Gra życia ^^

      Usuń
    27. To dobrze, bo Grę lubię ;-) ale kombinuj, jak tam uważasz, to Twoje blogi i Twoje pisanie;)

      ;*

      Usuń
    28. Jak zaczęłam pisać 4 rozdział to teraz nie mogę skończyć :D
      :*

      Usuń
  2. No... powiem, że inaczej wyobrażałam sobie Ryana :P Raczej jako, eee... chudego chłopaczka o urodzie cherubinka xD W ogóle to wcale nie musiał być jej chłopak, skoro oboje mają czarne włosy, to mogą być spokrewnieni. Albo i nie, bo przecież połowa ludzkości ma ciemne włosy -,-' Pomijając Irlandczyków, którzy są rudzi xD W ogóle niedawno chciałam być blondynką, ale jakoś ten pomysł się powoli rozchodzi po kościach :P W każdym razie - Ryan na razie nie wzbudza sympatii, ale ja ostatnio mam tendencję do nagłej zmiany zdania xD
    Poza tym Dylan to mężczyzna czy kobieta? Bo mam problem, jak z imieniem Taylor xD

    Pozdrawiam :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale dlaczego akurat tak? xD jakieś wcześniejsze powiązania z tym imieniem? xD nie, Ryan to zdecydowanie nie jest taki bohater xD i mogę zapewnić, że nie są spokrewnieni ;-)

      Haha, a ja jestem farbowaną blondynką od trzech lat i dobrze mi z tym^^

      Ach, wiem, że na razie nie wzbudza, tak miało być^^ to chyba także wynik punktu widzenia Mandy, jeśli ona zmieni co do niego zdanie, trochę inaczej zacznie go opisywać ;-) poza tym tutaj akurat Ryan był wkurzony, jak mu przejdzie, też się będzie troszkę inaczej zachowywał :D

      Ha, specjalnie wybrałam takie imię, żeby był problem;]

      Całuję! ;*

      Usuń
    2. Haha, to jest dobre pytanie, dlaczego akurat tak go sobie wyobraziłam, bo sama nie wiem xD Widocznie skojarzyłam to imię z jakimś innym bohaterem, ale, co dziwne, wcale nie swoim :P Skojarzenie z kimś znanym to jedynie Ryan Gosling, ale to nie to :P Ale miałam jakąś niespodziankę ;P

      W ogóle wydał się dosyć agresywny. Moim zdaniem agresja wcale nie jest męska, wręcz przeciwnie, dlatego po przeczytaniu można odczuwać lekki niesmak :P Szczególnie jeśli myślało się, że będzie milszy, hihi :D

      Też tak sobie pomyślałam, że to jednak zamierzone było :P Gdyby nie było istotne, to na pewno dałoby się wywnioskować :D Teraz mogłabym pogłówkować, ale w sumie raczej nie dojdę do jakiś daleko idących wniosków :)

      Ja już ze trzy lata pozostaję wierna odcieniom czerwieni, ale zmiana na blond mnie trochę przeraża. Że coś nie wyjdzie albo takie tam :P Poza tym odrosty byłby bardziej widoczne, niż teraz :P Chociaż może pewnego dnia, kto wie ^^ Zapragnęłam być pewnego dnia jak Nikoletta Jasnowłosa, no cóż xD W ogóle Sandra jest ruda, bo jak się "urodziła", to ja też chciałam być ruda, a teraz jesteśmy obie xD

      :*

      Usuń
    3. No cóż, faktycznie, przynajmniej miałaś niespodziankę xD

      Hmm, przyznam szczerze, że mnie nie wydał się bardziej agresywny od moich innych bohaterów (lol, jakoś to jak dla mnie dziwnie zabrzmiało, jakby wszyscy moi bohaterowie byli umięśnionymi jaskiniowcami^^), problem w tym, że Mandy się go bała i trochę jego zachowanie odebrała po swojemu. Przynajmniej takie było założenie - ona opisała to, co widziała, ale niekoniecznie było to do końca obiektywne. Zresztą, to się jeszcze wszystko okaże;]

      Buahaha, pewnie, że zamierzone :D nawet specjalnie zastanawiałam się nad sposobem, w jaki Ryan to pytanie zada, żeby nie było wiadomo, o jaką płeć chodzi - po angielsku nie byłoby problemu, ale po polsku już bardziej, w końcu męskie "Dylan" się odmienia, a kobiece już nie^^

      Mnie też przerażała, ale teraz jestem z niej bardzo zadowolona;) choć przyznam, że moim marzeniem zawsze było przefarbować się właśnie na rudo;) nawet o tym ostatnio myślałam, ale szkoda mi tego blondu, bo już sobie wyhodowałam z nim ładne, długie włosy:) może kiedyś :D

      ;*

      Usuń
    4. Na pewno można się zasugerować, w końcu to narracja pierwszoosobowa ;) Zresztą jeśli chodzi o pisanie, to pierwszoosobową bardziej preferuję, chociaż to może dlatego, że jest (podobno) łatwiejsza :P Ale... co kto woli ^^
      A ja sobie nie przypominam, żebyś miała jakiegoś bohatera jaskiniowca. Oni chyba nie są aż tak godni uwagi, no cóż xD

      W takim razie dobrze, że akcja nie dzieje się w Polsce, bo wtedy byłby problem z imieniem :P No, jedynie jakiś sprytny pseudonim albo coś takiego xD

      Może miałabym mniejsze opory, gdybym sama chwyciła za farbę, ale znając moje zdolności, to pewnie bym sobie przefarbowała pół twarzy xD Dlatego wolę nie ryzykować na razie, chociaż powiem, że ten blond jednak kusi xD

      :*

      Usuń
    5. Ja też wolę pierwszoosobową, stanowczo, ale to dlatego chyba, że książki, którymi się inspirowałam gdzieś w zamierzchłych czasach, na początku mojego pisania, były właśnie w tej narracji pisane^^ w każdym razie dla mnie pierwszoosobowa jest zdecydowanie łatwiejsza ;-)

      Nie no, jakby się działo w Polsce, to na pewno powiedziałabym, czy chodzi o kobietę czy mężczyznę^^ w tym wypadku to była taka dodatkowa zagadka, wynikła po prostu z możliwości jej zastosowania;]

      Haha, ja w przeszłości chwytałam, i zawsze mi kolor wychodził niemalże czarny :D także obecnie preferuję fryzjerkę. No widzisz, a mnie z kolei kusi rudy xD

      ;*

      Usuń
    6. A ja mam na odwrót, bo wszystkie moje ulubione książki są napisane w narracji trzecioosobowej. W ogóle ja jestem mało obiektywna chyba, dlatego preferuję pierwszoosobową ;P

      O, kiedyś zrezygnowałam z brązowego koloru w ostatniej chwili, bo stwierdziłam, że wyjdzie czarny na wcześniej farbowanych włosach xD Akurat tutaj uczyłam się na cudzych błędach, a nie na swoich, uff :P

      Usuń
    7. Haha, ja też nie bardzo umiem być obiektywna, po prostu wolę pisać z perspektywy jednej osoby, bo wtedy wiadomo - i ironii mogę umieścić więcej, i złośliwości, i humoru, i tak dalej:)

      U mnie to nawet fajnie wyglądało, ale szybko mi się znudziło^^ zresztą, czego ja już na głowie nie miałam - potem moje własne włosy odrosły mi dziwnie rude, a potem zrobiłam blond xD

      Usuń
    8. Własnie to jest najfajniejsze, że zawsze mogę dodać coś "od siebie". Czasami czytam i tekst wydaje się jakiś pusty ;)

      Czuję, że mnie kusi z każdej strony to farbowanie. W tym tygodniu chorowałam na buty, a w przyszłym będę chorować na blond włosy xD

      Usuń
    9. No właśnie, ja też tak mam. Moje teksty są zazwyczaj mało obiektywne, nawet biorąc pod uwagę, że to narracja pierwszoosobowa xD

      Haha, nie ma to jak sobie porządnie na coś pochorować, znam to, ja też teraz choruję na buty xD a kupiłaś je chociaż?;) bo ja chyba kupię, cały czas się usprawiedliwiam, że mi na wesele będą potrzebne^^ a co do włosów - wiesz, wakacje są, więc póki Cię nikt nie będzie widział, możesz eksperymentować;]

      Usuń
    10. Własnie chodzi o to, że ich nie kupiłam! Nie było mojego rozmiaru - ani w sklepie (nawet dwóch) ani w internecie :( Tym cięższa jest do zniesienia taka choroba xD Ale fakt - były piękne, więc nie dziwię, że sprzedały się na pniu xD A jak są wakacje, to w sumie nie jest zły pomysł, muszę się umówić z moją fryzjerką, chyba, że stchórzę xD

      Usuń
    11. To musisz się umówić już, żeby nie mieć czasu stchórzyć xD nie no, dobra, już Cię nie namawiam, bo potem będzie na mnie, Twój wybór^^

      Ach, i współczuję z powodu butów :(

      Usuń
  3. Ojacie... I z tej jednej strony bless egzaminy, bo nie musiałam znosić oczekiwania na kolejne rozdziały i miałam lekturę na dobre kilkanaście minut (pochłonęłam całość jednym tchem).
    Cudownie budujesz napięcie, aż miałam chwilami ochotę przeczytać tylko ostatni rozdział, żeby już w końcu coś wiedzieć. Powstrzymałam się, całe szczęście, bo czyta się cudownie, ale i tak nie wiem prawie nic. Achr, czuję się jak Mandy, ogarnia mnie okropna bezsilność, ale jednocześnie chęć działania, żeby już cokolwiek wiedzieć!

    Ryan jest dokładnie taki, jakiego go sobie wyobrażałam i aż mi go żal, że się chłopak tak strasznie martwi i nic nie może zrobić.
    W ogóle to już sobie wysnułam hipotezę, jak to mam w zwyczaju i doszłam do czegoś takiego, że Mandy została wynajęta, tylko jeszcze nie wiem przez kogo. Najbardziej mi pasuje ojciec Josha, albo ktoś mu znany, bo z jakiegoś powodu on wie o co chodzi. Nie wiem tyko czy na rękę będzie mu odzyskanie pamięci, czy też nie...
    Zastanawiam się też jaki miałby mieć cel w zniszczeniu firmy. Bo wydaje mi się, że o to chodzi, skoro Mandy zabiła tamtego faceta, który był członkiem zarządu i kontroluje Josha...
    Kurczę, mam tyle pytań i tak strasznie nie mogę się doczekać dalszego ciągu, że aż nie wiem co powiedzieć. Kiedy planujesz następną część?

    Pozdrawiam serdecznie,
    Miękko (vel Paravalaya).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak to miło się czyta takie komentarze, zwłaszcza gdy przeżywam kolejną falę wątpliwości związaną z tym tekstem, serio. Bardzo się cieszę, że Ci się podobało, i rozumiem, że niewiedza może być trochę frustrująca (Mandy na pewno strasznie frustruje^^), ale mogę obiecać, że w przeciągu kilku najbliższych rozdziałów co nieco się wyjaśni;)

      A Ryan jest mniej bezsilny, niż to się może wydawać, co zresztą też się jeszcze okaże;)

      W publikowaniu tego rodzaju tekstu najbardziej chyba podoba mi się to, że Czytelniczki mają swoje własne teorie;) i mogę chyba sprostować jedną rzecz - śmierć Lucasa Andersona była samobójstwem. Z jakiego powodu - to już inna sprawa;] a reszta okaże się po drodze.

      Następna część pojawi się prawdopodobnie jutro albo pojutrze, nie później.

      Całuję!

      Usuń
    2. Jakich wątpliwości?

      Dobrze, dobrze, nareszcie. ;) A na ile rozdziałów w ogóle zaplanowane jest to opowiadanie?

      Samobójstwo, mówisz... A więc musiała go szantażować, nic innego nie przychodzi mi do głowy. Tylko czym...?

      O, to świetnie, czekam niecierpliwie. ^^

      Pozdrowienia serdeczne!

      Usuń
    3. A tak jakoś... ja praktycznie przy każdym swoim tekście mam taki moment, w którym porzucam pisanie, stwierdzając, że fabuła jest pozbawiona logiki, postaci papierowe i w ogóle całość bez sensu. Na szczęście często potem mi przechodzi;)

      Przypuszczam, że koło 40 - początkowo planowałam, że będzie podobnej długości, co mój drugi tekst, Negatyw, ale ostatnio mi jakoś tak wychodzi, że Negatyw mi się przeciąga, a tutaj szybciej wszystko się wyjaśnia, więc chyba jednak będzie krótsze;)

      Haha! No właśnie, to jest główne pytanie, czym xD

      Całuję!

      Usuń
    4. Może to i potrzebne, każdemu chyba się przyda taki moment zwątpienia, bo może i rzeczywiście coś wtedy w tekście niespójnego znajdzie. Ale dobrze, że przechodzi, bardzo dobrze, bo ja już się w te wszystkie historie wciągnęłam (no, nie skończyłam jeszcze Di Volpe, ale już wkrótce...) i byłoby mi smutno, jakby się nagle urwały, o.

      A, to jeszcze trochę. Bardzo optymalna ilość, swoją drogą. Ja często planuję coś koło tego, a potem w praktyce jestem w rozdziale trzydziestym, a tu się wszystko dopiero rozwija... -.-

      To na pewno musi mieć coś wspólnego z ojcem Josha albo z firmą w ogóle. Chociaż w sumie nie, bo ojciec Josha mógł się po prostu dowiedzieć o wątpliwościach Marcusa, ale z drugiej strony on nie wygląda na takiego, co to zaraz lecie do szefa, raczej na takiego, co to wszystko chce rozwiązać sam... Co ona mogła mieć na tego faceta...? Czekaj, czekaj, mówiłaś, że on znał Zoey i Josha jeszcze za dawnych czasów i nawet mówili do niego wujku, więc to musi mieć coś wspólnego z ich przeszłością. Czy tam z przeszłością ich ojca. Hm, hm...
      Kurczę, potrzebuję jeszcze jakichś poszlak, bo na razie błądzę po omacku. ;)

      Pozdrav!

      Usuń
    5. Dlatego też dla mnie to jest spora motywacja do dalszego pisania. Niestety, charakter mam taki, że jak mi coś nie idzie, to się łatwo poddaję, a kiedy wiem, że ktoś czeka na następny rozdział, to i pisać bardziej mi się chce, i dbać o logikę i jakość tekstu.

      No właśnie, też mi się tak wydaje. I ja mam dokładnie tak samo z Negatywem, planowałam tyle rozdziałów, co i tu, a w rezultacie właśnie piszę rozdział trzydziesty i wydaje mi się, że do końca jeszcze bardzo, bardzo daleko... xD

      Na pewno ma;) jeśli chodzi o Marcusa, to rzeczywiście, on wolałby wszystko rozwiązać sam. I pewnie tak, pewnie z przeszłością coś wspólnego tam to ma, ale czyją...;] tak, wiem, za mało poszlak na wnioski, ale spokojnie, jeszcze parę rozdziałów i powinno się zrobić więcej ;)

      Całuję!

      Usuń
  4. Och, znam to bardzo dobrze!

    To w sumie dobrze, bo strasznie się w to opowiadanie wciągam i im więcej rozdziałów, tym lepiej. ^^

    Stawiam na przeszłość ojca Josha. Coś tam musiał szachrować, skoro doprowadził firmę na skraj bankructwa. I jeszcze kazał synowi brać ślub dla pieniędzy... Ale to też musi mieć coś wspólnego z Joshem, bo mam wrażenie, że Marcus trochę na polecenie ojca Josha jest z nim bliżej. Chociaż to już takie zupełne gdybanie. ;)

    Dobrze, dobrze, już nie mogę się doczekać. ^^

    Pozdrav!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Żebyś tylko nie żałowała, bo ja tak leję wodę, że potem może się w rozdziałach nic nie dziać xD to oczywiście Wy ocenicie, bo ja nie jestem do końca obiektywna, ale tego się właśnie boję xD

      Hmm, a wiesz, dlaczego jeszcze lubię te Wasze koncepcje czytać? Bo bardzo prawdopodobne, że coś z nich wykorzystam. I tak jest właśnie w Twoim przypadku^^ bo napisałaś coś, czego w planach nie miałam, ale co w sumie jest dobrym pomysłem na pogłębienie postaci. Dzięki Ci, dzięki^^

      No już niedługo;)

      Całuję!

      Usuń
    2. E tam, ja żadnego lania wody nie zauważyłam, więc tylko tak trzymać. ;) Właśnie strasznie mi się podoba Twoje prowadzenie narracji, bo jest szalenie płynne i bardzo dobrze się czyta, o.

      O, no proszę! A nie ma za co, tylko się cieszyć, że pomagam. ^^

      Pozdrav!

      Usuń